Rok
1961 (tysiąć dziewięćset sześćdziesiąty pierwszy). Ta miejscowość to mała
wioska San Sebastian de Garabandal położona w Górach Kantabryjskich w północnej
Hiszpanii. Żyje tutaj około 300 (trzysta) ludzi w 80 (osiemdziesięciu)
siedzibach u podnóża małej góry. Jest to wioseczka zupełnie prymitywna
i całkowicie odizolowana od innych znajdujących się w tym rejonie. Domy
nie posiadają wody bieżącej ani żródeł ogrzewania z wyjątkiem piecy kuchennych.
Prąd jest włączany na parę tylko godzin każdego wieczora. Nowoczesne udogodnienia
takie jak samochody czy telewizory po prostu nie istnieją tutaj. Rzeczywiście
nie ma ani jednego samochodu w tej wiosce.
Ludzie z trudem zarabiają na życie zajmując się pasterstwem i muszą maszerować ponad godzinę do pastwisk położonych wyżej w górach. Całe rodziny uczestniczą w pracach gospodarczych, które polegają przeważnie na zbiórce siana, które jest używane jako pasza dla zwierząt podczas surowych zim.


Mimo, że Garabandal była najbiedniejszą wioską w tym sektorze, ta właśnie wioska była też najbardziej religijna. Codziennie jedna z kobiet idzie ulicami dzwoniąc dzwonkiem, żeby przypomnieć mieszkańcom wioski o modlitwie za zmarłych. Każdego wieczora miejscowy lud gromadzi się w małym wiejskim kościele, żeby odmawiać różaniec i litanię do Najświętszej Maryi Panny. Pod koniec tygodnia przyjeżdza tutaj, dociera konno po trudnej wspinaczce, ksiądz z Cosio, żeby odprawić Mszę Świętą i spowiadać ludzi.
Takie było Garabandal w 1961 (tysiąć dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym) roku, prosta kantabryjska wioseczka, która pozostawała niezmieniona przez dziesięciolecia a może i przez stulecia. I jak głosiła miejscowa fama tak byłoby dalej niezmienne.
Te cztery dziewczynki były takie same jak inne w tej wiosce. Żyły szczęśliwie
w swej góralskiej osadzie. Koncita Gonzalez była w wieku dwanastu lat,
Mari Kruz Gonzalez, jedenaście lat, Hiacynta Gonzalez, dwanaście lat, Mari
Loli Mazon, również dwanaście lat. Mimo, że trzy z tych dziewcząt maja
to samo nazwisko, nie są jednak blisko spokrewnionymi.
Było jeszcze jasno wczesnym wieczorem 18-go (osiemnastego) czerwca 1961 (tysiąć dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego) roku, kiedy to czwórka dziewcząt postanowiła trochę zabawić się zrywająć jabłka z drzewa na skraju wsi, które należało do nauczyciela. Chichocząć z zadowolenia porywają jabłka i uciekają na skalistą bydlęcą ścieżkę, która prowadzi do sosnowego zagajniczka na stromym brzegu górującym nad wioska.
Kiedy usiadły tam, zajadająć ze smakiem jabłka, nagle usłyszały dzwięk podobny do grzmotu i poczęły martwić się z powodu kradzieży jabłek.
Wtem
głowa Koncity gwałtownie odchyla się do tyłu a jej oczy uporczywie patrzą
w górę. Pozostałe dzieci, widząc co się z nią dzieje, zaczynają krzyczeć.
Chcą biec, by powiedzieć o tym jej matce, ale to samo dzieje się i z nimi.
Świetlisty anioł stanął przed nimi. Wyglądał niczym dziewięcioletni chłopiec
ale zarazem zdawał się być obdarowanym niezwyciężona mocą. W mignieniu
oka znika on i dziewczęta wracają do normalności. Wstrząśnięte tym wydarzeniem
biegną one do wiejskiego kościoła. Jakaś znajoma osoba widząć je pyta dlaczego
są takie blade. "Dlatego, że co dopiero widziałyśmy anioła", odpowiedziały
one. Wkrótce było głośno o tym w całej osadzie, chociaż prawie nikt nie
wierzył, że dziewczynki rzeczywiście widziały anioła.
Przez kilka następnych dni dziewczęta znów widzą anioła ale dopiero pierwszego lipca on je pyta: "Wiecie dlaczego przyszedłem? To po to, żeby oznajmić, iż jutro Najświętsza Maryja Panna objawi się wam jako Nasza Pani z Góry Karmel"
Teraz, wieści o objawieniach rozprzestrzeniają się do okolicznych miejscowości i drugiego lipca wielki tłum oczekuje przepowiedzianego dziewczętom objawienia się Najświętszej Maryi Panny.
Około szóstej wieczorem dziewczęta szły na miejsce objawień i nagle na skałach upadły na kolana. W błyszczącym świetle ujrzały przepiękna Panią stojącą między dwoma aniołami. Jednego z tych aniołów rozpoznały jako tego, którego już widywały. Później dowiedziały się, że był to nie kto inny tylko Święty Michał Archanioł. W górze po prawej stronie było wielkie oko wpisane w trójkąt, które dziewczynki nazwały okiem Boga.
Bez cienia obawy dziewczęta rozmawiały z objawiająca się im Panią. Mówiły o swoich rodzinach, o kapłanach, którzy tam byli i o pracy, którą one wykonywały w domu i w polu a Pani się uśmiechała. Koncita powiedziała,że to było tak jakby one rozmawiałyze swoją matką, która pojechała daleko i co dopiero wróciła. Gdy się skończyło objawienie ludzie oczywiście chcieli wiedzieć jak wyglądała ta Pani. W swoim dzienniku Koncita daje taki opis:
"Najświętsza
Panienka ukazuje się w białej szacie, niebieskim płaszcu i w koronie ze
złocistych małych gwiazd; zaś jej stopy są niewidoczne. Jej dłonie są szeroko
otwarte. Na prawym nadgarstku ma Ona szkaplerz. Jest on brązowy. Jej włosy
są długie, ciemno brunatne i pofalowane, z przedziałką na środku. Jej twarz
ma kształt owalny a Jej nos jest długi i delikatny. Jej usta są bardzo
śliczne, zaś wargi raczaj wyraziste. Kolor Jej twarzy jest ciemny jednakże
jaśniejszy niż kolor anioła - jest odmienny. Jej głos jest bardzo miły,
tak bardzo osobliwy, że nie mogę go opisać. Nie ma żadnej kobiety podobnej
do Najświętszej Panienki w głosie lub w czymś innym."
Był jednak powód w tym, że Maryja objawia się tej czwórce dziewcząt. Ona chciała posłużyć się tymi prostymi niepretensjonalnymi dziećmi, żeby przekazać ważną wieść całemu rodzajowi ludzkiemu. Będąć czułą i kochającą matką, jak to Ona jest, chce dokonać tego na Swój sposób. W czasie drugiego objawienia przychodzi Ona ze Swym Dzieciątkiem i dziewczynki są przepełnione radością, kiedy widzą uśmiechające się Dzieciątko.
W sierpniu rozpoczynają się nowe zjawiska. Kiedy dziewczęta klęczały w
ekstazie mogły w jakimkolwiek czasie upaść do tyłu, że aż ich głowy dotykały
ziemi. Niekiedy upadały one tak równocześnie, że tworzyły jakoby piękna
rzeźbę, zaś ich odzienie nigdy nie było nieprzyzwoicie lub nieprzystojnie
zdeformowane. Innym razem padały one bezpośrednio do tyłu uderzająć z hukiem
o podłoże powodująć przerażenie u obserwujących. Ale nigdy nie zraniły
się. Po pewnym czasie podnosiły się bez pomocy rak.
Poczynały chodzić w ekstazie albo do tyłu albo do przodu, zaś ich oczy cały czas uporczywie były wpatrzone ku górze. Zauważcie jak stopa Mari Loli uważnie omija wystający kamień.



Dziewczynki zawsze nosiły w swych rękach krzyżyki, które podawały do uczczenia
stojących obok nich osobom. Nidgy nie widziały one kto całował krzyżyk,
ponieważ w czasie ekstazy nie były w stanie widzieć nikogo oprócz swej
wizji i samych siebie. Na rozkaz Najświętszej Panienki podawały one krzyżyk
do ucałowania wskazanym przez Maryję osobom. Po pewnej eksatzie Koncita
dowiedziała się, że wszystkie osoby, które pocałowały krzyżyk, byli to
ubrani po cywilnemu kapłani.
|
|
|
|
|
|
|
